h i s t o r i a
Jeden z ostatnich wyjątkowo niepogodnych dni września powoli dogasał. Ostatnie promienie czerwonej tarczy słońca dawno już znikły za linią górzystego horyzontu. Kraina początkowo spowita lekką mgiełką, poczęła niknąć w mroku gęstej nocy słabo oświetlona blaskiem księżyca, który dziś przybrał kształt wąskiego sierpa. W jednym z okien w jednej z najwyższych wież zamku widoczna była zapłakana twarz siedemnastoletniej dziewczyny.
*
Stałam niczym posąg w oknie dormitorium, patrząc przez łzy na delikatny zarys księżyca, który jakby stracił swą moc jedynie nieznacznie oświetlając błonia Hogwartu. Poczułam, że nie tylko ja jestem dziś kompletnie wyczerpana. Pojedyncza łza spłynęła z mojego policzka lądując na parapecie. Wspomnienie dzisiejszego przedpołudnia nie pozwalało mi zmrużyć oka. Kilka metrów za plecami słyszałam równe oddechy lokatorek dormitorium. Zazdrościłam im tego stanu błogiej nieświadomości. Nie mogąc dłużej bezczynnie stać założyłam szlafrok i bezszelestnie zeszłam do Pokoju Wspólnego, by usiąść w ulubionym fotelu. Zorientowawszy się, że jestem jedyną osobą nie mogącą zasnąć zajęłam miejsce przed kominkiem. Nie potrafiąc powstrzymać się wybuchłam głośnym szlochem mając w pamięci przedpołudniową sytuację. Zaczęło się tak niewinnie...
*
Blade promienie wrześniowego słońca ledwo przebijające się przez ciężkie zasłony nie zapowiadały pogodnego, jak wszystkie ostatnie, dnia. Ocierając oczy podniosłam się z łóżka i chcąc uniknąć porannej sprzeczki o łazienkę szybko wybrałam kilka ubrań z kufra i pospiesznie wykonałam poranną toaletę. Niecałe pół godziny później kompletnie ubrana zmierzałam ku Wielkiej Sali, gdy na marmurowych schodach dopadła mnie... Lavender Brown.
-Zdążyłaś się wypacykować, nie zajęłam ci łazienki. Więc czego jeszcze ode mnie chcesz? – odparłam chłodno przyspieszając kroku i nie patrząc na nią. Ta prychnęła i syknęła podbiegając do mnie:
-Widzę, że twoi rzekomo wierni przyjaciele jakby... przestali się tobą interesować, co Granger?
-O czym ty mówisz?! Nie brak ci tematów do plotek? A jeśli chcesz wiedzieć, Harry i Ron czekają na mnie w Wielkiej Sali, dlatego nie idziemy razem – powiedziałam pojmując nieprzyjemną aluzję i znów przyspieszyłam, ale Lavender ponownie zrównała się ze mną i z miną wyrażającą satysfakcję rzekła:
-Ale ty jesteś głupia! – zaśmiała się szyderczo, po czym teatralnym szeptem dodała: Przecież Ron tylko szuka okazji, by cię spławić! Nie wiedziałaś?
Stanęłam, jak wryta, więc Lavender o mało na mnie nie wpadła. Zrobiłam chłodny unik, ta zachwiała się, ale po chwili odzyskała fason i widząc moją minę rzekła beztroskim tonem:
-Ron Weasley się z kim spotyka. Nadal twierdzisz, że jesteście najlepszymi przyjaciółmi, Granger? – ponownie zaśmiała się kpiąco, po czym kołysząc biodrami zostawiła mnie samą kilka metrów przed wejściem do Wielkiej Sali.
Otrząsnęłam się dopiero po kilku minutach, gdy jakiś muskularny puchon ze złością powiedział za moimi plecami:
-Rusz się do cholery, dziewczyno!
Posłusznie usunęłam się z drogi i nagle stwierdzając, że w Sali Wejściowej jest potwornie duszno, nie zważając na zdziwione spojrzenia wybiegłam prędko na błonia. Usiadłam na maleńkiej ławeczce stojącej nieopodal największego z drzew rosnących wokół jeziora. Zatapiając wzrok w przejrzystej tafli, zaczęłam gorączkowo rozmyślać.
Wiedziałam, że Lavender już od początku szóstej klasy nie darzy mnie szczególną sympatią, ale tak szczerze wątpiłam, że powiedziała by mi coś takiego, nie mając powodów, by kłamać.
Ja, podobno tak inteligenta i pełna rozsądku dziewczyna, uwierzyłam w słowa Lavender Brown, osoby, której tak nie lubiłam już od ponad roku. Chwilowe rozgoryczenie ustąpiło fali złości.
-Ron... jak mogłeś?! – powiedziałam na głos – Byłam tylko zabawką... traktowałeś mnie tylko, jak pomocną dłoń w rozwiązywaniu owutemowych testów. Ale to koniec! Ja, Hermiona Granger, nie przepuszczę ci tego płazem! O nie, co to, to nie! Pożałujesz Ronaldzie Weasey’u! – pełna złości, sama zaskoczona, ile we mnie nienawiści, podniosłam się i pewnym krokiem ruszyłam w stronę zamku. Gdy weszłam do Wielkiej Sali, większość miejsc było zajętych, ale część uczniów już wychodziła z jadalni, zmierzając na pierwsze z dniu zajęcia. Odnalazłam wzrokiem Rona, który beztrosko gawędząc z Harry’m wstawał od stołu i zakładał na ramię ciemnozieloną torbę. Schowana za wysokim posągiem patrzyłam, jak mijają próg Sali. Nie miałam większej ochoty na rozmowę z którymkolwiek. W końcu oboje mnie oszukiwali, a teraz nawet nie przejęli się tym, że nie pojawiłam się na śniadaniu. Gdy zniknęli mi z oczu skierowałam się ku dormitoirum, skąd wzięłam torbę z książkami i kilka minut później pojawiłam się pod klasą zaklęć. Gdy usłyszałam już kroki profesora Slughorna usłyszałam za plecami głos:
-Hermiono, gdzie ty się podziewałaś?! Martwiliśmy się z Ro... – zaczął Harry, ale przerwał mu profesor, mówiąc:
-Och, Harry, jak dobrze, że cię widzę! Wiesz, rozmawiałem z profesor McGonnagal o zbliżającym się meczu... – Harry jakby zapominając o towarzystwie przyjaciół wdał się w dyskusję ze Slughornem, co wykorzystał Ron.
-No więc, gdzie byłaś? Martwiliśmy się, Hermiono – powiedział. Nie mogłam znieść myśli, że pod przykrywką dobrodusznego uśmiechu kryje się podstęp i oszustwo.
-Tak?! Czyżby?! Nie bądź żałosny i przestań udawać, że jestem dla ciebie ważna, Weasley! – powiedziałam chłodno, co kompletnie zbiło go stropu.
-Eee... Hermiono... co ty... ja... o czym w ogóle ty mówisz?
Miałam ochotę wykrzyczeć mu, co o nim myślę, ale przerwał mi profesor Slughorn:
-Panna Granger! Właśnie po raz kolejny przeglądałem sobie przed śniadaniem twoje wspaniałe wypracowanie. Doprawdy, jestem pełen podziwu, jak panienka podzieliła te ważne kwestie dotyczące Eliksirów Błogiego Snu, na co ja pewnie sam bym nie...
Kompletnie zbita z tropu zapomniałam o Ronie i za resztą klasy weszłam do lochów.
*
Wpatrywałam się w dogasające płomienie w kominku starając się znaleźć wyjaśnienie, skąd wzięło się we mnie tyle nienawiści. Płakałam jak dziecko. Wylewałam łzy złości, ale też łzy strachu. Nie poznawałam siebie. W końcu wykończona po całym dniu, zapadłam w głęboki, niespokojny sen.
Pierwsze dni września upływały w spokoju. Choć w Hogwarcie wiele się zmieniło (między innymi fakt, że nowym nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią został... nie kto inny, jak Kingsley Shacklebot) nic nie zapowiadało udanego roku. Gdy na drzewach, wyjątkowo wcześnie, zaczęły pojawiać się pierwsze liście o lekkim złotym zabarwieniu, dni stawały się coraz to bardziej pochmurne i chłodniejsze. Pewnego wrześniowego wieczoru, kilka minut po godzinie dwudziestej wraz z przyjaciółmi zmierzałam na kolację. Mijając portrety znanych czarodziejów gawędziliśmy beztrosko o błahostkach. Co jakiś czas spoglądałam na Rona, choć kilka dni temu przysięgłam sobie w duchu, że przestanę wciąż to robić. W pewnym momencie, miałam wrażenie, że i on na mnie patrzy, ale zdałam sobie sprawę, że się mylę, gdy rzekł:
-Patrzcie! – patrzył na jakiś punkt niemalże nad moim uchem – Nasz macho nagle stracił chęć do życia? – powiedział drwiąco. Odwróciłam głowę i ujrzałam postać Michaela Cornera, smętnie kroczącego korytarzem. Miał nie wyrażającą uczuć minę, ale po sposobie, w jaki się poruszał i po geście spuszczonej głowy, łatwo można było się domyślić, że jest czymś strapiony.
-Rozstał się z Chang – rzuciła obojętnie Ginny, której ręka schowana była w bezpiecznej dłoni Harry’ego. Harry, na którego twarzy malowała się mieszanina uprzejmego niedowierzania i znudzenia, rzekł:
-Myślałem, że to się stało już dawno. Zastanawiam się, jakim cudem przetrwali ze sobą ponad rok.
Po tych słowach nastała dłuższa chwila milczenia.
° ° °
Pierwsze dni września upływały w spokoju. Choć w Hogwarcie wiele się zmieniło (między innymi fakt, że nowym nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią został... nie kto inny, jak Kingsley Shacklebot) nic nie zapowiadało udanego roku. Gdy na drzewach, wyjątkowo wcześnie, zaczęły pojawiać się pierwsze liście o lekkim złotym zabarwieniu, dni stawały się coraz to bardziej pochmurne i chłodniejsze. Pewnego wrześniowego wieczoru, kilka minut po godzinie dwudziestej wraz z przyjaciółmi zmierzałam na kolację. Mijając portrety znanych czarodziejów gawędziliśmy beztrosko o błahostkach. Co jakiś czas spoglądałam na Rona, choć kilka dni temu przysięgłam sobie w duchu, że przestanę wciąż to robić. W pewnym momencie, miałam wrażenie, że i on na mnie patrzy, ale zdałam sobie sprawę, że się mylę, gdy rzekł:
-Patrzcie! – patrzył na jakiś punkt niemalże nad moim uchem – Nasz macho nagle stracił chęć do życia? – powiedział drwiąco. Odwróciłam głowę i ujrzałam postać Michaela Cornera, smętnie kroczącego korytarzem. Miał nie wyrażającą uczuć minę, ale po sposobie, w jaki się poruszał i po geście spuszczonej głowy, łatwo można było się domyślić, że jest czymś strapiony.
-Rozstał się z Chang – rzuciła obojętnie Ginny, której ręka schowana była w bezpiecznej dłoni Harry’ego. Harry, na którego twarzy malowała się mieszanina uprzejmego niedowierzania i znudzenia, rzekł:
-Myślałem, że to się stało już dawno. Zastanawiam się, jakim cudem przetrwali ze sobą ponad rok.
Po tych słowach nastała dłuższa chwila milczenia.
° ° °
-... i na koniec trzeba dolać kilka kropel... ee... co to miało być?
Dwa tygodnie później siedziałam późnym popołudniem z bibliotece, usiłując wytłumaczyć Ronowi recepturę bardzo skomplikowanego eliksiru.
-Hermiono, czy ja muszę to znać na pamięć? – zapytał zrozpaczony, po raz kolejny nie mogąc zapamiętać nazwy bławinka czarnolistnego.
-Tak, musisz. Spróbuj jeszcze raz. Ile czasu potrzeba na sporządzenie eliksiru? – zapytałam, nie zerkając nawet do podręcznika. Znałam dokładnie cały rozdział.
-Eee... miesiąc?
-Widzisz? Jeśli chcesz, potrafisz. Jeszcze tylko nazwy składników– nie potrafiłam się powstrzymać, by nie poklepać go po ramieniu. Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie wspaniałym czasem. Nie wiem, co podziałało na mnie lepiej: fakt, że moje stosunki z Ronem stały się nieco luźniejsze, czy to, że zostałam nominowana do szkolnego konkursu na najzdolniejszego ucznia Hogwartu. W każdym razie nic nie potrafiło mi zepsuć humoru. Harry wolne chwile spędzał z Gin, więc ja i Ron, jakby korzystając z okazji, że nie musimy się tłumaczyć, iż jesteśmy sami, wciąż dotrzymywaliśmy sobie nawzajem towarzystwa. Codzienne spacery, wspólne posiłki, nie rzadko sprzeczki o byle co, wszystko to bez ingerencji Harry’ego czy Ginny sprawiały, że stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Zupełnie zapomniałam o troskach. Gdy wykończeni po kilkugodzinnym etapie powtórki z eliksirów, zbieraliśmy się do wyjścia, na krzesło przy stoliku opadł wściekły Harry. Chowałam zwoje pergaminów do torby, gdy zauważyłam jego minę, ale pierwszy odezwał się Ron:
-Co jest, stary? – przyjrzał mu się uważnie, a później spojrzał na mnie znacząco.
-Harry? Nic ci nie jest? – zapytałam.
-Wiedziałem, że ona jest pokręcona, ale żeby aż do tego stopnia?! – wydyszał waląc ze złością w blat stolika. Nie patrzył na nas. Spojrzałam pytająco na Rona, ale ten tylko wzruszył ramionami, więc odparłam:
-Ale o kim ty mówisz Harry? Kiedyś pomyślałabym o Umbridge, ale teraz... – chciałam rozładować sytuację. Harry podniósł wzrok i powiedział:
-Cho Chang osaczyła mnie na korytarzu i… zapytała, czy ma u mnie szanse. Wyobrażacie sobie?!
-Co za idiotka! – powiedział Ron mając na twarzy wyraz tępego niedowierzania.
-Ron! – popatrzyłam na niego spode łba.
-No co... a ty uważasz, że to jest w porządku? Rzuciła tego Cornera i już po tygodniu chce wrócić do Harry’ego! To przecież chore! – obruszył się Ron.
-Nie uważam, że postępowanie Cho jest w porządku wobec Harry’ego, ale nie nazywaj jej idiotką!
-A co? Pewnie jest stałym sponsorem tej twojej WSZY, co? – powiedział ze złością.
-Och, przymknij się – powiedziałam zniecierpliwiona, choć zaraz pożałowałam tych słów. Kiedyś wypowiadałam się w tego typu sposób nieco swobodniej... Ignorując Rona (pod pretekstem uniknięcia kłótni) zwróciłam się do Harry’ego:
-Co jej odpowiedziałeś?
-Że to nie ma sensu, chciałem być uprzejmy. Ale ona wtedy naskoczyła na mnie, że chodzę z Ginny tylko dlatego, że ty mi kazałeś – wskazał na Rona – Wiesz, żebym ją niby chronił przez złym towarzystwem. Poprosiłem, żeby mówiła ciszej... Ale ta, jak na złość wydarła się na cały korytarz koło klasy transmutacji, że... jak to było... zaraz... – zmarszczył czoło. Po chwili kontynuował – Krzyknęła coś w stylu O nie, Potter, jeszcze żaden chłopak nie dał mi kosza! Pożałujesz tego! i uciekła. Proszę Hermiono, tylko nie próbuj jej tłumaczyć – powiedział, zauważywszy, że otwieram już usta.
-Nie, nie... ja chciałam zapytać tylko... Ginny widziała tę sytuację? – popatrzyłam na niego z niepokojem.
-Tak! I właśnie to jest najgorsze.. Przez tę.. nieważne. Nie powinienem jej na to narazić. W Sali Wejściowej była chyba cała szkoła... – zakończył z wyjątkowo kwaśną miną.
Schodziłam z tak dobrze mi znanych, marmurowych schodów w Hogwarcie. Miałam na sobie przecudną sukienkę, którą w swoim starym kufrze odnalazła pani Amelia. Już czekał. Widziałam tył jego pleców... Rozmawiał z kimś. Zaraz?! Rozmawiał z Cho! Przecież to mnie zaprosił na bal! Jak mógł?!
BOOM!
Obudził mnie jakiś huk dobiegający najwyraźniej z kuchni. Ocierając oczy i chcąc zapomnieć o niemiłym śnie, ubrałam pantofle i w piżamie zeszłam na dół. Był pierwszy września. W kuchni zastałam mamę zaśmiewającą się z czegoś.
-Co...? – przerwałam, bo w nozdrza uderzył mnie wyjątkowo przykry zapach spalonych omletów.
-Hermiono, kochanie... – powiedział tata stojąc tyłem do nas, a przodem do kuchenki. Po chwili odwrócił się i aż nie mogłam powstrzymać się od parsknięcia śmiechem. Miał umorusany nos czymś czarnym.
-Tata... ha ha... tata uparł się, że dziś on przygotuje śniadanie... ha ha ha – mama najwyraźniej też nie potrafiła się powstrzymać. Podeszłam do taty i zajrzałam do patelni.
-Tatuś, chyba nic nie zostało z twojego omleta – wyszczerzyłam zęby i przez cały ranek nie myślałam o swoim śnie.
° ° °
-... i uważaj na siebie! – krzyczała mama, gdy niespełna trzy godziny później Hogwarts-Express powoli ruszał z peronu.
-Obiecuję! Nie martwcie się! – odpowiedziałam i puściłam im całusa na wietrze. Już za kilka sekund straciłam ich z pola widzenia. Głośno westchnąwszy odwróciłam się i ujrzałam przed sobą roześmiane twarze przyjaciół.
-Masz wspaniałych rodziców – powiedziała Gin. W ręku taszczyła swój kufer – Poszukajmy przedziału.
-Hej Gin, pomogę ci! Zaczekaj! – krzyknął Harry i ruszył zaraz za rudowłosą.
-Eee... to może chodźmy za nimi – powiedział Ron.
-Ach, tak! Tak... – odparłam. Na początku nie zamieniliśmy ze sobą żadnego słowa. Po chwili męczącej ciszy postanowiłam odezwać się pierwsza:
-Jak udał wam się koniec wakacji na Pokątnej? – starałam się, by mój głos zabrzmiał naturalnie. Bezskutecznie. Można było wyczuć, że jestem zdenerwowana. Ale czym...? Obecnością przyjaciela?
-Eee... – Ron też z trudnością sklecał zdania – Było... w porządku. Szkoda, że ciebie nie było.
Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak trudno się nam rozmawiało. Moje rozmyślania przerwał głos Ginny.
-Hej wy! Tutaj! – ujrzałam ją za szybą przedziału, który właśnie z Ronem bezmyślnie ominęliśmy.
Podróż minęła bardzo przyjemnie. Przez całą drogę unikałam spojrzenia Rona, który najwyraźniej też usiłował. Usiłował, bo co chwilę czułam jego spojrzenie na sobie. Zupełnie zapomniałam jednak o troskach, gdy pochłonęliśmy się w grze w Eksplodującego Durnia.
° ° °
Uczta powitalna była sama w sobie wspaniała, biorąc pod uwagę smak jakże wybornych potraw. Brakowało jednak nam, uczniom Hogwartu, głosu przemiłego, sympatycznego starca.. Jakby dla podkreślenia naszego smutku, powitalne rozmowy z kolegami brutalnie przerwał srogi głos nowego dyrektora szkoły.
-Serdecznie witam was wszystkich po wakacjach – suchy głos Minerwy McGonnagal skutecznie rozwiał nadzieję tych nielicznych, którzy wierzyli jeszcze, że z tej tak znanej im ambony przemówi jeszcze Albus Dumbledore. Nie obyło się bez typowych komunikatów, ostrzeżeń.. Najboleśniejsze było wspólne wspominanie byłego dyrektora. Po bardzo emocjonującej uczcie zmęczeni, ale najedzeni udaliśmy się do dormitoriów. Po przekroczeniu dziury pod portretem bezsilnie opadłam na fotel. Obok mnie Ron, z drugiej strony Harry. Bezmyślnie wpatrywałam się w tańczące płomyki w kominku. Nikt nie odważył się wypowiedzieć słowa. Po niespełna kwadransie Ron, jakby wyrwany z transu rzekł:
-Stary... – niepewnie zwrócił się do Harry’ego – Wiesz... pamiętasz, jak dwa miesiące temu żegnaliśmy się i...
-I co? – przerwał mu ostro Harry.
-Nie zrozum mnie źle, ale... mówiłeś, że nawet nie myślisz o powrocie tutaj i ja... – Ron był wyraźnie zmieszany wypowiadanymi słowami. Harry rzucił mu przeciągłe spojrzenie. Po chwili zerknął na kominek i nie patrząc na żadne z nas odparł:
-Rozmawiałem z Lupinem. Powiedział, że najlepszą rzeczą, która zbliży mnie do pokonania... Jego... jest zostanie tutaj i jak najlepsze zdanie owutemów i zdobycie zawodu Aurora – mówił to, jakby tłumiąc żal do samego siebie. Podobnie, jak Ron, zagaiłam niepewnie:
-Ale... to... to chyba dobrze, że zostałeś, tak Harry? Bo jeśli Lupin tak mówi, to...
-TAK! KOLEJNY RAZ DOWIADUJĘ SIĘ, ŻE TYLKO DOROŚLI MAJĄ RACJĘ I, ŻE TYLKO ICH RAD POWINIENEM SŁUCHAĆ! ALE GDYBYM NIE POSŁUCHAŁ DUMBLEDORA, TEN OKROPNY ELIKSIR, BY GO TAK NIE OSŁABIŁ! – Harry nie zważając na fakt, że nie byliśmy sami w PW, krzyczał wylewając z siebie cały żal. Żal po stracie największego opiekuna... Przestraszona jego wybuchem rzekłam cicho:
-Ale Harry, nikt cię nie wini i wiesz, że...
-WIEM! – krzyknął, poczym zerwał się z fotela i po chwili znikł na schodach prowadzących do sypialni chłopców. Spojrzałam w lewo: Ron podobnie, jak ja był wstrząśnięty. Gdy po chwili zorientował się, że jesteśmy sami zmieszał się i rzekł:
-Eee… dobranoc Hermiono – poklepał mnie po ramieniu, a ja poczułam, że moje wnętrzności tajemniczo poruszyły się. Patrzyłam, jak oddala się, wymachując po męsku ramionami. Pochłonęła go wnęka schodów...
Dodaj